Mam na imię Marek. Po pięćdziesiątce zacząłem żyć naprawdę – w drodze. Kocham podróże, nowe smaki i spotkania z ludźmi. Z aparatem w ręku przemierzam świat, marząc o życiu w kamperze, gdzie dom jedzie tam, gdzie serce prowadzi – W cztery strony Świata.
Decyzja zapadła spontanicznie – kilka zbiegów okoliczności i… lecimy! Nasza pierwsza wizyta w Ameryce. Sześć godzin lotu z Reykjavíku i lądujemy w Bostonie. Wypożyczamy auto i późnym wieczorem meldujemy się w Providence – szybkie zakupy, krótki sen i ruszamy dalej.
Dwa dni w Providence to tylko przedsmak. W głowie mamy już jeden cel: Nowy Jork!
290 kilometrów za kółkiem i wreszcie jesteśmy w sercu Manhattanu. Hotel z widokiem na Memoriał WTC zapiera dech – trudno oderwać wzrok od panoramy z okna, a jednocześnie… nogi same niosą nas w miasto!
Pierwsze smaki? Meksykańska kuchnia na rozgrzewkę.
Pierwsze kroki? Times Square, memoriał WTC, rejs do Statuy Wolności.
Pierwsze wysokości? Empire State Building.
A na koniec – spacer przez Brooklyn Bridge i chwila wytchnienia w parku z widokiem na Manhattan.
To nasza pierwsza, amerykańska przygoda – subskrybujcie nas na YouTube , bo będzie się działo!
Central ParkNew YorkNew YorkMost BrooklińskiWodok na ManhattanMost Brookliński i ManhattanManhattanPastaMost BrooklińskiGaleria OkulusOne WTCManhattanWidok z pokoju na WTCWidok z pokoju na WTCBroadwayBostonTimes SquareEmpire State BuildingTimes SquareNew YorkFlatironProvidenceWTCCentral ParkTablica z naszego stanuGoogle Widok z pokoju na WTCWidok na WTCStatua WolnościWidok z Empire State BuildingWidok z Empire State BuildingWTC
Południowe Włochy z „Misiaczkami” – podróż przez krainę słońca, smaków i spektakularnych widoków
Czasem wystarczy jedno wspólne hasło – w naszym przypadku: “Misiaczki lecą do Włoch !” – by zamienić zwykły wyjazd w niezapomnianą przygodę. W rodzinnym i przyjacielskim gronie wyruszyliśmy do słonecznych południowych Włoch, gotowi na włoskie smaki, błękitne wybrzeża i malownicze miasteczka, które wyglądają jak żywcem wyjęte z pocztówki.
Amalfi – gdzie morze spotyka się z górami
Naszą podróż zaczęliśmy na zachodnim wybrzeżu – prosto z lotniska w Neapolu skierowaliśmy się do bajkowego Amalfi. Choć nasz nocleg znajdował się około 15 km od centrum, droga do niego była przygodą samą w sobie – kręta, stroma i wijąca się wysoko w góry, jakby sama natura testowała naszą gotowość na dalsze odkrywanie Włoch.
Capri – perła zatoki z widokiem na błękit
Drugiego dnia zamieniliśmy asfalt na morskie fale i promem z Sorrento wyruszyliśmy na słynną wyspę Capri. Anacapri – jej wyżej położona część – powitała nas krętymi serpentynami, które pokonaliśmy w stylu dolce vita – kabrioletem z otwartym dachem, chłonąc widoki i zapach śródziemnomorskiej roślinności.
Positano i Matera – kontrasty piękna
Trzeci dzień to wizyta w Positano – miasteczku, które wygląda jak kolorowe kaskady domów spływające ku morzu. Wieczorem, zupełnie inny klimat – Matera. Mistyczna, tajemnicza, wyrzeźbiona w skale – nie dziwi, że to tu kręcono „Pasję” Mela Gibsona oraz sceny z Jamesa Bonda. Spacerując jej kamiennymi uliczkami, czuliśmy się jak na planie filmowym.
Polignano, Monopoli i Alberobello – serce Apulii
Kolejne dni spędziliśmy na wschodnim wybrzeżu, w Polignano a Mare – mieście zawieszonym nad klifami, z którego pochodzi Domenico Modugno, autor słynnego „Volare”. Włosi nucą ją do dziś – my również! Odwiedziliśmy też pełne uroku Monopoli oraz bajkowe Alberobello, gdzie charakterystyczne domki trulli wyglądają jak z zaczarowanej wioski.
Jaskinie, Bari i pizza wszech czasów
Zanim ruszyliśmy w drogę powrotną, popłynęliśmy łodzią po okolicznych jaskiniach – gra światła i wody zrobiła na nas ogromne wrażenie. W Bari zatrzymaliśmy się na ostatnie zakupy i obiad – jak zawsze we Włoszech: prosty, a pyszny. Neapol urzekł nas zupełnie czymś innym – z jego chaotycznym urokiem, gęstą zabudową i pizzą, która sprawiła, że przestaliśmy rozmawiać i tylko mruczeliśmy z zachwytu.
Pożegnanie z widokiem na Wezuwiusza
Na zakończenie naszej wycieczki- wjechaliśmy kolejką na wzgórze Vomero – najwyższy punkt Neapolu. Przed nami rozciągała się panorama miasta, Zatoki Neapolitańskiej i majestatyczny Wezuwiusz. To był idealny moment, by wziąć głęboki oddech i zapisać ten widok w pamięci na zawsze.
Domenico ModugnoCapriPolignanoAlberobelloCapriCapriCapriDomenico ModugnoCapriAmalfiNeapolNeapolPolignanoPolignanoPolignanoNeapolAlberobelloNeapolAlberobelloAlberobelloMonopoliBariPolignanoMonopoliMateraMateraMateraFiordo Di FuroreFiordo Di FurorePositanoPositanoPositanoPositanoPolignano
Nadszedł czas na kolejną samotną podróż – wyzwanie, które zawsze wiąże się z nieznanym i obietnicą przygody. Tym razem czekał na mnie Cypr, kraina podzielona historią, gdzie na drogach rządzi ruch lewostronny, a w powietrzu unosi się zapach morza i orientu. To właśnie stąd, z północnej – dziś tureckiej – części wyspy, ojciec słynnego George’a Michaela wyruszył kiedyś do Anglii, nie wiedząc, że jego syn zapisze się w historii muzyki.
Lądowanie w Larnace było jak przejście przez bramę do innego świata. Na lotnisku czekała już na mnie zamówiona wcześniej taksówka, gotowa zawieźć mnie do hotelu. Szybkie odświeżenie po podróży i już biegłem ulicami miasta, chłonąc każdy promień ciepłego, cypryjskiego słońca. W końcu jeszcze wczoraj byłem w mroźnej Islandii, gdzie zima rozpanoszyła się na dobre. A tutaj? Końcówka listopada, a temperatura przekracza 20 stopni. Raj.
Następnego dnia postanowiłem wypożyczyć skuter, by poczuć wiatr we włosach i zobaczyć wyspę z bliska. Ku mojemu zdziwieniu, jego cena była identyczna jak koszt wynajmu samochodu. Decyzja zapadła w sekundę – trzy dni w czterech kołach, wyzwanie ruchu lewostronnego przyjęte! Pierwszy przystanek: słone jezioro nieopodal lotniska. Tam, wśród lśniącej tafli wody, udało mi się dostrzec flamingi – niczym żywe płomienie na tle spokojnej tafli wody. Po drodze zatrzymałem się na plaży Mackenzie, znanej z lądujących tuż nad głowami plażowiczów samolotów. Metalowe ptaki przelatywały niemal na wyciągnięcie ręki, przypominając, jak blisko można być granicy pomiędzy ziemią a niebem.
Trzeci dzień to już poważniejsza wyprawa – 150 kilometrów na południowo-zachodnie wybrzeże, do wąwozu Avakas. Przemierzając serpentyny dróg, mijałem bezkresne plantacje bananów, zielone oazy wśród surowego, kamienistego krajobrazu. Sam wąwóz przypominał mi Kanion Antylopy w USA – wąskie korytarze wyrzeźbione przez naturę, tajemnicze światło przebijające się przez skały, cisza przerywana jedynie echem własnych kroków.
Ostatni dzień podróży przyniósł prawdziwą zmianę scenerii – ruszyłem na północ, do tureckiej części wyspy. Granicę przekroczyłem w Nikozji, mieście rozdwojonym na grecką i turecką część, gdzie historia i teraźniejszość splatają się w niespokojny, lecz fascynujący rytm. Po tureckiej stronie czekał na mnie inny świat – bazary pełne aromatycznych przypraw, misternie tkane dywany i zapach kawy unoszący się w powietrzu. Zrobiłem spore zakupy, ale najważniejszym momentem było dla mnie doświadczenie tureckiej kuchni – bogatej, aromatycznej, przywołującej wspomnienia dawnych podróży. W tle, jak echo dawnych wieków, rozbrzmiewał głos muezina, wzywający wiernych do modlitwy z minaretu.
To właśnie w takich chwilach czuję, że żyję – kiedy egzotyka splata się z adrenaliną, a ja jestem gdzieś pomiędzy światem, który znam, a tym, który dopiero odkrywam. Cypr, podzielony, a jednak pełen magii, zapisał się w mojej podróżniczej duszy jako miejsce kontrastów, historii i niezwykłych spotkań.
Na pięknej wyspie Zanzibar zaczęła się nasza podróż po Tanzanii, gdzie słońce i turkusowa woda przywitały nas na białych plażach ozdobionych palmami kokosowymi. W oceanie indyjskim odkrywaliśmy tajemnice rafy koralowej, płynąc wśród kolorowych rybek, a ciekawskie delfiny towarzyszyły nam w tej egzotycznej podróży. Zapierające dech w piersiach krajobrazy przemieniły się, gdy opuściliśmy raj Zanzibaru, by podążać w stronę Tanzanii kontynentalnej. Parki narodowe Tarangire i Serengeti ukazały nam bogactwo afrykańskiej przyrody. Podziwialiśmy stada słoni, wysokie szyje żyraf, zebry, gazelle i liczne ptaki, a pośród zieleni wznosiły się majestatyczne Baobaby. W luksusowych hotelach z widokiem na dziką przyrodę doświadczyliśmy niezapomnianych chwil. Ngorongoro i Serengeti ukazały nam piękno natury, gdzie słonie i żyrafy stawały się naszymi codziennymi towarzyszami. Po fascynujących przeżyciach udaliśmy się na plantację kawy, gdzie z miejscową ludnością przygotowywaliśmy kawę od suszenia ziaren po aromatyczną degustację. Zakończenie przygody na Zanzibarze przyniosło zakupy, zwiedzanie Stone Town i zasłużony relaks. W dwadzieścia godzin podróży, z chwilą odpoczynku w Dubaju, wracaliśmy do Polski, bogatsi o wspomnienia niezwykłej podróży po magicznej Tanzanii.
Po niezliczonej ilości filmów obejrzanych na You Tube o podróżach kamperem czy kamper-vanem, postanowiłem też spróbować swoich sił w kamperze. Najpierw chciałem wynająć kampera. Może kiedyś kupię własnego i tak będę spedzać resztę życia. Stało się. Wybrałem firmę „Mc Rent” która współpracuje z firmą „Wadowscy” z Warszawy. Trasę wybrałem dość nietypową bo… Holandię. Trzeba było się dobrze przygotować logistycznie. Holandia posiada całkowity zakaz spania na dziko. Nawet na jedną noc na parkingu przy autostradzie. Co akurat w Niemczech jest dozwolone. Baliśmy się też o brak wolnych miejsc na kampingach, gdyż nie rezerwowaliśmy ich wcześniej. Pierwszy nocleg mieliśmy jeszcze w Polsce tuż przy granicy z Niemcami nad niewielkim jeziorem. Za 100 zł mieliśmy prąd,dolaliśmy wodę i opróżniliśmy zbiornik z szarą wodą. Kolejnego dnia rano wyruszyliśmy do Holandii. Konkretnie do Giethoorn, słynącego z pięknie położonych domów otoczonych zielenią i kwiatami a zamiast dróg jedynie kanały wodne. Oczywiście opłyneliśmy całe miasto kajakiem kanu. Kamping zaskoczył nas bardzo mile.Doskonale przygotowany, z pięknym widokiem i samodzielnym meldunkiem w automacie. Kolejnego dnia wieczorem pojechaliśmy do Amsterdamu. Czekał tam na nas ogromny kamping na obrzeżach miasta. Doskonała infrastruktura.Ale mogliśmy tam zostać jedynie na jedną noc z braku wolnych miejsc. Kamping „Zeeburg” jest otoczony rzeką. Około pięćset metrów od kampingu mieliśmy przystanek tramwajowy z którego kilka przecznic dalej mieliśmy centrum Amsterdamu i plac Rembranta. Kolejny dzień to wyprawa do zamku De Haar. A na wieczór zatrzymujemy się w miasteczku Gouda słynącym z produkcji sera. Władze tego miasta przygotowały plac w centrum dla kamperów za jedyne 9 Euro. W tej cenie jest prąd, woda i opróznianie nieczystości. Jedziemy na północ Holandii w kierunku morza Północnego. Po drodze zatrzymujemy się w pięknym miasteczku Zaandijk, które słynie ze skansenu starych wiatraków. Wieczorem docieramy do Volendam. Znajdujemy tam tani kamping z maleńka plażą. Oczywiście nie omieszkamy skorzystać 🙂 Rano zwiedzamy miasteczko a właściwie piękny kurort nadmorski z mnóstwem sklepików, kawiarenek i restauracji. Zaglądamy też do muzeum sera i zaopatrujemy się w dużą ilość rzeczonego produktu. Jest go tutaj dużo za sprawą pobliskiej osady zwanej Edam, która zasłynęła w Świecie – wiadomo jakim wyrobem spożywczym 🙂 Przed nami jeszcze dwa dni w Amsterdamie i powrót przez Niemcy do domu. Ale po drodze zatrzymujemy się w Vinkeveen. Ten oddalony o 18 km od Amsterdamu region słynie z mnóstwa wysepek, które w większości są w kształcie paska. Jest to znane miejsce do nurkowania i żeglowania.
W Niemczech musieliśmy spać na parkingu przy autostradzie. Jest to akurat tutaj legalne i zupełnie bezpłatne. Niestey niemieckie kampingi są zamykane po godz 18 -ej. Odnieśliśmy wrażenie – jakby były przeznaczone tylko dla swoich , stałych klientów. Po osiemnastej mocno zabarykadowane i nawet tel podany na bramie nie odpowiadał. 😦 Kolejną noc (9 Euro) spedzilismy na parkingu Tropical Islands pod Berlinem. Wczesniej oczywiście byliśmy w środku.
WiatrakVinkeveenVinkeveenZamek De HaarVinkeveenVinkeveenVinkeveenVinkeveen
To był spontaniczny wypad, którego celem były Pieniny, Trzy Korony, polatanie dronem nad Zbiornikiem Czorsztyńskim, zobaczyć te miejsca w nieco innym świetle, w zimowej aurze a ta wyjątkowo nam sprzyjała. Przyprószone szczyty, słońce na stokach, drzewa w czapach śniegu… ale w końcu to środek zimy J
Zanim dotarliśmy do Czorsztyna rzut oka na XIV-sto wieczne zamki po drodze. Nasz wybór padł na dwa orle gniazda najpopularniejszego Szlaku Jury Krakowsko-Częstochowskiej – wybudowane na trudno dostępnych wapiennych skałach – Ogrodzieniec i położona w dolinie Prądnika Pieskowa Skała W czasach Kazimierza Wielkiego stanowiły element łańcucha obronnego dziś cieszą oczy przybywających tu niezależnie od pory roku, turystów.
Następnego dnia zwiedziliśmy ruiny Zamku w Czorsztynie i pięknie odbudowany Zamek Dunajec w Niedzicy. Obydwa urokliwie położone nad Zbiornikiem Czorsztyńskim, sztucznie stworzonym przez zaporę wodną na Dunajcu. Sama tama zachwyca widokiem a z lotu ptaka tym bardziej. Budowa od pomysłu do ostatecznej realizacji trwała 30 lat za to dziś jest ważnym elementem ochrony przeciwpowodziowej dla miejscowości położonych w dolinie Dunajca.
Nasz pobyt w Pieninach ”okraszony” został cudnym widokiem Trzech Koron, w bieli śniegu, w słońcu i w błękicie nieba… po prostu uczta dla oczu.
Trzy KoronyTrzy KoronyZamek w OgrodzieńcuZamek w NiedzicyZamek w Pieskowej SkaleNiedzicaZamek w NiedzicyZamek w Niedzicy
Czarnogóra była od kilku lat na mojej liście „must see”. Jak zwykle pomógł Wizzair. Wiem, że ludzie narzekają, ale ja chyba mam do nich szczęście 🙂 Dwie godziny lotu z Warszawy do Podgoricy i gotowe. Jeszcze tylko wypożyczenie auta i w drogę. Nasz hotel położony jest w Zatoce Kotorskiej, pomiędzy miastem Kotor a bajkowym Perast. GPS pokazuje 1,5 godziny drogi ale my wybieramy bardziej „pikantną” trasę przez wysokie góry i słynne serpentyny. Zatrzymując się na obiad, podziwiając krajobrazy, docieramy na miejsce. Okazuje się, że mamy równie piękny widok z naszego hotelowego tarasu. Przed nami 7 dni słonecznej pogody, nurkowania, pysznego jedzenia i wspaniałych widoków. Ceny nie były tak niskie, jak podawali niektórzy YouTube – rzy ale było warto. Dużym przeżyciem było wejście na mury obronne Kotoru. To ponad dwugodzinny spacer na wysokość około 300 metrów a widoki niezapomniane. Czarnogóra zaoferowała nam coś więcej niż góry i morze. Największe na Bałkanach – Jezioro Szkoderskie. Jego większa część leży w Albanii, do której mimo planów nie udało nam się dojechać. Niezwykle zaskoczyli nas mieszkańcy Czarnogóry. Okazali się bardzo gościnni a słysząc, że jesteśmy z Polski – określali nas mianem – przyjaciele lub bracia. To było dla nas bardzo miłe. Do tego bardzo podobny język. Czuliśmy się tam dobrze.
Kościół w zatoce KotorskiejWyspa św. Jerzego – PerastPerastPerast – ślub PerastJezioro SzkoderskieWyspa św. StefanaWyspa św. StefanaKotorKotor- mury obronne
Grenlandia – w jedną stronę samolotem, z powrotem pod żaglami
Wsiadam do samolotu i lecę do Nuuk – stolicy Grenlandii. Bilet mam tylko w jedną stronę. Z powrotem do Islandii wrócę jachtem „Leady Dana 44”. Przed nami prawie dwa tygodnie na morzu.
Po samotnej nocy w hotelu w Nuuk wreszcie spotykam moją załogę – cztery osoby: trzech mężczyzn i jedna kobieta. Ja – najmłodszy stopniem, zwykły żeglarz jachtowy. Mamy tylko jeden dzień, by się poznać. Zwiedzamy miasto, zaglądamy do muzeum, robimy drobne zakupy. Wieczorem lądujemy w miejscowym pubie.
Kolejnego dnia, gdy słońce chowa się za horyzontem, wypływamy ku przygodzie. Przed nami Morze Labradorskie. Już następnego dnia spotykamy pierwsze góry lodowe – olbrzymy, które zapierają dech. W powietrze wznosi się dron kupiony specjalnie na tę wyprawę. Z dnia na dzień gór lodowych przybywa.
Po dwóch dniach na morzu lądujemy w pierwszej grenlandzkiej osadzie – Paamiut. Odcięta od świata, ma w sobie dzikie piękno. Kierujemy się do jedynego hotelu z internetem – każdy z nas prowadzi własną firmę, więc choć na chwilę chcemy dotknąć cywilizacji, sprawdzić wieści z domu. Wieczorem znów odbijamy od brzegu.
Góry lodowe rosną w oczach, a my zbliżamy się do kolejnego przystanku – Nanortalik. Piękna, słoneczna pogoda kusi, by zostać dłużej. W tym nastroju rodzi się spontaniczny plan: zamiast opływać południowe wybrzeże Grenlandii, skracamy drogę przez fiord do maleńkiej osady Aappilattoq. W sierpniu fiord jest niezamarznięty, więc szlak dostępny. To nie tylko krótsza trasa, ale i o wiele bardziej urokliwa.
Po drodze mijamy ogromne statki wycieczkowe i jęzory lodowców. Kry lodowe stają się coraz drobniejsze, a nasz jacht wpływa w ciasny fiord, tam gdzie wielkie wycieczkowce nie mają wstępu. O poranku zza skał wyłania się Aappilattoq, skąpane w złotych promieniach słońca. Bajkowa sceneria.
Osada liczy zaledwie 130 mieszkańców i powstała zaledwie sto lat temu. Nie ma tu dróg ani samochodów, nie ma nawet chodników. Ludzie poruszają się wyłącznie łodziami. Jest szkoła, kościół i sklep, w którym można – bez specjalnego pozwolenia – kupić broń. Świat zewnętrzny dociera tu tylko śmigłowcem, który ląduje co cztery dni z pocztą, ludźmi i towarem.
Wieczorem odbijamy od jedynej kei, na której mieści się tylko jeden jacht. Płyniemy fiordem w kierunku północno-zachodnim. Po drodze wyławiamy kawałki lodu z pobliskiego lodowca – idealne do urodzinowych drinków. Późnym wieczorem opuszczamy południowo-wschodnie wybrzeże Grenlandii.
Przed nami pięć dni na północnym Atlantyku. A gdy zbliżamy się do Islandii, na wysokości Reykjaviku witają nas czarne delfiny. Jeszcze tylko wpłynięcie do portu przy Harpie, drobna kontrola celna – i jestem w domu.
Góra lodowaNanortalikAappilattoqAappilattoqAappilattoqAappilattoqAappilattoqAappilattoqAappilattoqAappilattoqNuukAappilattoqAappilattoqGóra lodowaAappilattoqLeady Dana 44Nasza załogaNasza załoga
Planowaliśmy wyjazd na południe Islandii. Dokładnie Jökulsárlón (lodowa laguna) i wyspę Heimaey w archipelagu Vestmannaeyjar. Oczywiście wiele atrakcji po drodze. Niestety pogoda mocno pokrzyżowała nasze plany. Mieliśmy sztorm, silny wiatr i deszcz. W drodze dowiedzieliśmy się , że wszystkie promy płynące tego dnia na wyspę Heimaey są odwołane. Musieliśmy zweryfikować nasz plan. Odwołaliśmy hotel na wyspie Heimaey i spaliśmy w Viku. A pogoda nadal nie odpuszcza. Po drodze zobaczyliśmy wodospady: Skógafoss, Seljalandsfoss, Gljufrabui czarną plażę Reynisfjara oraz skałę Dyrhólaey, na której czekały na nas Maskonury . Kolejnego dnia dotarliśmy do Jökulsárlón i diamentowej plaży. To był jedyny, słoneczny dzień podczas tej wyprawy. Noc spędziliśmy dziesięć kilometrów dalej – na farmie Gerdi. W drodze powrotnej, odwiedziliśmy słynny Gejzer i moczyliśmy się w gorących źródłach.