Nasz przedostatni dzień w Maroku zaczął się z przygodami. Już po wyjściu z hotelu okazało się, że mamy „kapcia” w kole. Bardzo pomocny okazał się pan, który znosił nam bagaże. Nie tylko zmienił nam koło, ale także zaprowadził nas do lokalnego warsztatu, jadąc przed nami na swoim skuterku. Zapłaciliśmy za naprawę koła, plus bonus dla przewodnika, 50 DH (20 zł) Przewodnik wskazał nam także miejscowy bazar, gdzie kupiliśmy olejek arganowy.
W południe dotarliśmy do Marrakeszu. Nasz hotel znajdował się w najstarszej dzielnicy miasta. Poruszanie się autem po niej to koszmar. W uliczce mieści się tylko jeden samochód, a przestrzeń pomiędzy nim a budynkiem wynosi kilkadziesiąt centymetrów. Po bokach liczne kramiki, przechodnie oraz dziesiątki trabiących skuterów. A hotelu nie widać. Mimo tego, że byliśmy przygotowani na taką ewentualność, padliśmy ofiarą naciągaczy. Zaprowadzono nas na parking do „szemranej”dzielnicy , zapłaciliśmy za niego nie wiadomo komu, plus opłata „przewodnika ” (na szczęście mało 😉) Po chwili pojawił się kolejny „zarządca parkingu ” ale już mu nie zapłaciliśmy. Z trudem trafiliśmy do hotelu, chociaż na nic zdał się GPS w tych krętych uliczkach. Właściciel pomógł nam przestawić auto w bezpieczne miejsce. Potem okazało się, że nie tylko my mieliśmy problem z dotarciem do tego hotelu.
Kilkugodzinny spacer po gwarnym Marrakeszu, pełnym naciągaczy bardzo nas zmęczył. Z ogromnym sentymentem wspominamy pobyt na wschodzie Maroka.





































.















