Maroko – dzień 7

Nasz przedostatni dzień w Maroku zaczął się z przygodami. Już po wyjściu z hotelu okazało się, że mamy „kapcia” w kole. Bardzo pomocny okazał się pan, który znosił nam bagaże. Nie tylko zmienił nam koło, ale także zaprowadził nas do lokalnego warsztatu, jadąc przed nami na swoim skuterku. Zapłaciliśmy za naprawę koła, plus bonus dla przewodnika, 50 DH (20 zł) Przewodnik wskazał nam także miejscowy bazar, gdzie kupiliśmy olejek arganowy.

W południe dotarliśmy do Marrakeszu. Nasz hotel znajdował się w najstarszej dzielnicy miasta. Poruszanie się autem po niej to koszmar. W uliczce mieści się tylko jeden samochód, a przestrzeń pomiędzy nim a budynkiem wynosi kilkadziesiąt centymetrów. Po bokach liczne kramiki, przechodnie oraz dziesiątki trabiących skuterów. A hotelu nie widać. Mimo tego, że byliśmy przygotowani na taką ewentualność, padliśmy ofiarą naciągaczy. Zaprowadzono nas na parking do „szemranej”dzielnicy , zapłaciliśmy za niego nie wiadomo komu, plus opłata „przewodnika ” (na szczęście mało 😉) Po chwili pojawił się kolejny „zarządca parkingu ” ale już mu nie zapłaciliśmy. Z trudem trafiliśmy do hotelu, chociaż na nic zdał się GPS w tych krętych uliczkach. Właściciel pomógł nam przestawić auto w bezpieczne miejsce. Potem okazało się, że nie tylko my mieliśmy problem z dotarciem do tego hotelu.

Kilkugodzinny spacer po gwarnym Marrakeszu, pełnym naciągaczy bardzo nas zmęczył. Z ogromnym sentymentem wspominamy pobyt na wschodzie Maroka.

Maroko – dzień 6



















Po raz pierwszy jesteśmy wypoczęci i wyspani. Rano zapytaliśmy właściciela hotelu, o najbliższy sklep w którym można kupić kartę pamięci. Pan wykonał jeden telefon i w ciągu 15 minut pojawił się właściciel sklepu z zamówioną kartą. Przedpołudnie spędziliśmy na zwiedzaniu starej Mediny w Tiznicie, ogrodzonej wysokim, warownym murem. Tam też zjedliśmy śniadanie i wypiliśmy pyszną kawę w barze, do którego turyści raczej nie zaglądają.😜 Oglądaliśmy też sklepy oferujace srebrną i złotą biżuterię. W końcu dotarliśmy do najstarszej dzielnicy miasta, w której znajduje się targ owocowo-warzywny. Po raz pierwszy w życiu widzieliśmy ogromne kopce mandarynek i innych cytrusów, usypane na ziemi. Potem już tylko droga do Agadiru urozmaicona mandatem za przekroczenie prędkości (400DH). Agadir przywitał nas ogromnymi korkami i już przy wjeździe wiedzieliśmy, że to nie jest miejsce dla nas. Ogromne, luksusowe hotele, mnóstwo turystów, długie plaże-nuda. Typowy kurort, jak w każdym ciepłym kraju. Po godzinnym spacerze i zakupach wróciliśmy do hotelu. Zatęskniliśmy za tym co było wcześniej. Za tą dzikością, kolorami i zapachami Maroka, za życzliwymi Muzułmanami, brakiem naciągaczy, za przestrzenią, za tradycyjnym marokańskim jedzeniem, a nawet za nie do końca komfortowymi hotelami. Takie Maroko pokochalismy. Agadir to oklepany kurort dla ludzi bez wyobraźni i ciężko by było tu wytrzymać dłużej niż jeden dzień. Jedyny malutki plusik Agadiru, to możliwość zakupu alkoholu.😉

Maroko – dzień 5

Późnym wieczorem dotarliśmy do miejscowości -Tata. Hotel znaleźliśmy ” z marszu” przy pomocy Google Maps. Niestety Booking.com tutaj nie dziala. Hotel tani i ogromny, warunki- „koszmar”. Pan z recepcji okazał się też naszym kucharzem. 😜 Troszkę baliśmy się o nasze żołądki po zjedzeniu kolacji. Rano szukaliśmy sklepu aby kupić kartę pamięci, niestety oferowano nam karty o wolnym transferze danych. Zahaczylismy też o miejscowy targ. Wyróżnialiśmy się bardzo. Miasteczko jest w stu procentach muzułmańskie, wszyscy chodzą w tradycyjnych strojach i nie docierają tutaj turyści. Jadąc dalej przez góry, mijaliśmy licznie występujące w tym regionie drzewa arganowe. W drodze skosztowaliśmy mandarynek prosto z drzewa i daktyli strąconych z palmy.

Wieczorem dotarliśmy do plaży Legzira, aby podziwiać słynny łuk skalny wdzierający się do Atlantyku. Zjedliśmy tam rybę z grilla i tadżin rybny. Potem już tylko 65 km do miejscowości Tiznit, gdzie czekał na nas piękny hotel, chociaż ukryty za wysokim murem w gąszczu krętych i wąskich uliczek Mediny.

Maroko – dzień 4

Dzień wcześniej byliśmy zachwyceni zachodem słońca na Saharze . Dziś wstaliśmy o 6 rano, żeby zobaczyć wschód. Było pięknie, mimo ujemnej temperatury. 😜 Po śniadaniu na słodko, wyruszamy w dalszą drogę. Tym razem zmierzamy no południe do miejscowości o nazwie Tata. 😁 Przed nami ponad 600 km drogi, ktora już nie obfituje w tyle atrakcji. Poza licznymi stadami wielbłądów, kóz i osiołków.😁

Mijaliśmy też liczne osady koczowniczych plemion.

Maroko – dzień 3

Noc spędziliśmy w hotelu nieopodal wąwozu Todra. Miła obsługa i dobre jedzenie. Tylko zimno. Podczas śniadania, w ogromnej stołówce nagle zauważyliśmy poruszającą się stertę kocy. Okazało się, że śpi tam jeden z tubylców. Chyba pracownik 😜

Wąwóz robi wrażenie. Potem już tylko droga do Merzouga na Saharę. Ogromnie wydmy widać już z odległości 30 kilometrów. Kontrole policji są niemal przy każdym wjeździe do miasteczka. Nam się na razie udaje unikać kontroli.

Nasz hotel w Merzouga znajdował się prawie na pustyni . Wystarczyło zaledwie kilka kroków, żeby stanąć na piasku.

Maroko – dzień 2

Hotelowe śniadanie na słodko i wyruszyliśmy z Marrakeszu w dalszą drogę. Padł nam internet i korzystaliśmy z mapy analogowej oraz darmowej aplikacji GPS. Jadąc ciasnymi uliczkami Marrakeszu i pokonując olbrzymie, ale ciasne bramy – nie wiedzieliśmy, czy to kontynuacja drogi, czy wjazd do jakiegoś meczetu. 😜Pokonaliśmy ponad 300 km. Po drodze odwiedziliśmy Ajt Bin Haddu, Warzazat i wąwóz Todra. Widoki nieziemskie, które chciałoby się filmować w nieskończoność. W ciągu dnia było bardzo ciepło, odwrotnie sytuacja wyglądała wieczorem w nieogrzewanym hotelu. Przywieziona z Polski „farelka” pozwoli nam przetrwać noc.

 

 

 

Maroko – dzień 1

Pierwszy dzień w Maroko już za nami. Pomimo wielu obaw, jesteśmy tym krajem zachwyceni. Ale może zacznijmy od początku…
Kontrola graniczna, przebiegła szybko i sprawnie. Z maleńkim trudem, ale odnaleźliśmy naszą wypożyczalnię aut. Prowadzenie samochodu po Marrakeszu nie należy do łatwych, nie ominęła nas również kontrola policyjna.
Jednak całościowo, pozytywne wrażenia przerosły nasze oczekiwania. Ludzie na każdym kroku odwzajemniają uśmiech, nawet drobni naciągacze nas nie męczyli, a byliśmy przygotowani na coś gorszego.
Na każdym kroku czuć atmosferę, muzykę i zapachy tego kraju. Jedzenia również próbowaliśmy, lecz z dala od głównego placu Marrakeszu, w ulicznym barze, będąc tam jedynymi turystami. Atmosfera była bardzo miła, kelner z nami rozmawiał o marokańskim jedzeniu, a na koniec powiedział, że zna Roberta Lewandowskiego😉

Maroko

5 rano, lotnisko Chopina w Warszawie. Czekamy na samolot do Marrakeszu. Czujemy radość pomieszaną z niepokojem przed nieznanym. Po raz pierwszy zmierzamy w kierunku Czarnego Lądu i kraju muzułmańskiego.
Inne czekają nas też kontrole graniczne i celne. A jak to przebiegło w praktyce napiszemy, gdy już dotrzemy na miejsce .😉

Południowa Europa samochodem. 6 tyś km w miesiąc

Właśnie wylądowaliśmy w Berlinie! 🇩🇪

Jeszcze tylko odbiór auta z wypożyczalni i ruszamy w prawie miesięczną podróż po Europie. Po lekkiej namowie syna wybieramy większy model — Mercedesa Vito. Będzie wygodnie i z zapasem miejsca na cały nasz bagaż przygód.

Pierwszą noc spędzamy na kempingu na Morawach, które często nazywane są „małą Toskanią” – i coś w tym naprawdę jest! Wzgórza, winnice, spokojny klimat – idealne miejsce na początek.

Kolejnego dnia jedziemy do austriackiego Hallstatt. To miasteczko wygląda jak z bajki. Spędzamy tam dwa dni, spacerując wśród kolorowych domków i odbić gór w jeziorze.

Potem kierunek Wenecja – miasta nie trzeba nikomu przedstawiać. Trzy dni włoskiego klimatu, wąskich uliczek i zapachu espresso. Odwiedzamy też kolorową wyspę Burano, gdzie każdy dom wygląda jak z palety malarza. 🎨

Dalej w drogę – tym razem do Chorwacji. Po drodze krótki postój w Trieście, a potem już wybrzeże Adriatyku w całej krasie. Od północy aż po Dubrownik zwiedzamy kolejne miasta. W Zadarze podziwiamy słynne organy morskie, na których dosłownie gra… woda! 🌊

W Splicie i Makarskiej łapiemy słońce, a w Dubrowniku wypożyczamy małą łódź motorową i ruszamy na pobliskie wyspy. Po drodze nurkujemy w krystalicznie czystej wodzie – bajka!

Kiedy przychodzi czas wracać, robimy jeszcze kilka wyjątkowych przystanków. Najpierw Jeziora Plitwickie, które zachwycają turkusowymi wodospadami. Potem Balaton – słynne węgierskie jezioro, a następnie Eger, znany z produkcji wina. Oczywiście robimy tam solidne zapasy 🍷.

Na zakończenie – nasze Zakopane. Po miesiącu w drodze znowu czujemy, że jesteśmy u siebie.

Pełni wspomnień, zdjęć i nowych historii wracamy do domu. 🚐💨