New York

W cztery strony Świata – USA po raz pierwszy! ✈️🇺🇸

Decyzja zapadła spontanicznie – kilka zbiegów okoliczności i… lecimy! Nasza pierwsza wizyta w Ameryce. Sześć godzin lotu z Reykjavíku i lądujemy w Bostonie. Wypożyczamy auto i późnym wieczorem meldujemy się w Providence – szybkie zakupy, krótki sen i ruszamy dalej.

Dwa dni w Providence to tylko przedsmak. W głowie mamy już jeden cel: Nowy Jork! 🚗💨

290 kilometrów za kółkiem i wreszcie jesteśmy w sercu Manhattanu. Hotel z widokiem na Memoriał WTC zapiera dech – trudno oderwać wzrok od panoramy z okna, a jednocześnie… nogi same niosą nas w miasto!

Pierwsze smaki? Meksykańska kuchnia na rozgrzewkę.

Pierwsze kroki? Times Square, memoriał WTC, rejs do Statuy Wolności.

Pierwsze wysokości? Empire State Building.

A na koniec – spacer przez Brooklyn Bridge i chwila wytchnienia w parku z widokiem na Manhattan. 

Południowe Włochy

Południowe Włochy z „Misiaczkami” – podróż przez krainę słońca, smaków i spektakularnych widoków

Czasem wystarczy jedno wspólne hasło – w naszym przypadku: “Misiaczki lecą do Włoch !” – by zamienić zwykły wyjazd w niezapomnianą przygodę. W rodzinnym i przyjacielskim gronie wyruszyliśmy do słonecznych południowych Włoch, gotowi na włoskie smaki, błękitne wybrzeża i malownicze miasteczka, które wyglądają jak żywcem wyjęte z pocztówki.

Amalfi – gdzie morze spotyka się z górami

Naszą podróż zaczęliśmy na zachodnim wybrzeżu – prosto z lotniska w Neapolu skierowaliśmy się do bajkowego Amalfi. Choć nasz nocleg znajdował się około 15 km od centrum, droga do niego była przygodą samą w sobie – kręta, stroma i wijąca się wysoko w góry, jakby sama natura testowała naszą gotowość na dalsze odkrywanie Włoch.

Capri – perła zatoki z widokiem na błękit

Drugiego dnia zamieniliśmy asfalt na morskie fale i promem z Sorrento wyruszyliśmy na słynną wyspę Capri. Anacapri – jej wyżej położona część – powitała nas krętymi serpentynami, które pokonaliśmy w stylu dolce vita – kabrioletem z otwartym dachem, chłonąc widoki i zapach śródziemnomorskiej roślinności.

Positano i Matera – kontrasty piękna

Trzeci dzień to wizyta w Positano – miasteczku, które wygląda jak kolorowe kaskady domów spływające ku morzu. Wieczorem, zupełnie inny klimat – Matera. Mistyczna, tajemnicza, wyrzeźbiona w skale – nie dziwi, że to tu kręcono „Pasję” Mela Gibsona oraz sceny z Jamesa Bonda. Spacerując jej kamiennymi uliczkami, czuliśmy się jak na planie filmowym.

Polignano, Monopoli i Alberobello – serce Apulii

Kolejne dni spędziliśmy na wschodnim wybrzeżu, w Polignano a Mare – mieście zawieszonym nad klifami, z którego pochodzi Domenico Modugno, autor słynnego „Volare”. Włosi nucą ją do dziś – my również! Odwiedziliśmy też pełne uroku Monopoli oraz bajkowe Alberobello, gdzie charakterystyczne domki trulli wyglądają jak z zaczarowanej wioski.

Jaskinie, Bari i pizza wszech czasów

Zanim ruszyliśmy w drogę powrotną, popłynęliśmy łodzią po okolicznych jaskiniach – gra światła i wody zrobiła na nas ogromne wrażenie. W Bari zatrzymaliśmy się na ostatnie zakupy i obiad – jak zawsze we Włoszech: prosty, a pyszny.  Neapol urzekł nas zupełnie czymś innym – z jego chaotycznym urokiem, gęstą zabudową i pizzą, która sprawiła, że przestaliśmy rozmawiać i tylko mruczeliśmy z zachwytu.

Pożegnanie z widokiem na Wezuwiusza

Na zakończenie naszej wycieczki- wjechaliśmy kolejką na wzgórze Vomero – najwyższy punkt Neapolu. Przed nami rozciągała się panorama miasta, Zatoki Neapolitańskiej i majestatyczny Wezuwiusz. To był idealny moment, by wziąć głęboki oddech i zapisać ten widok w pamięci na zawsze.

Polignano

Cypr-samotna wyprawa ku Słońcu

Nadszedł czas na kolejną samotną podróż – wyzwanie, które zawsze wiąże się z nieznanym i obietnicą przygody. Tym razem czekał na mnie Cypr, kraina podzielona historią, gdzie na drogach rządzi ruch lewostronny, a w powietrzu unosi się zapach morza i orientu. To właśnie stąd, z północnej – dziś tureckiej – części wyspy, ojciec słynnego George’a Michaela wyruszył kiedyś do Anglii, nie wiedząc, że jego syn zapisze się w historii muzyki.

Lądowanie w Larnace było jak przejście przez bramę do innego świata. Na lotnisku czekała już na mnie zamówiona wcześniej taksówka, gotowa zawieźć mnie do hotelu. Szybkie odświeżenie po podróży i już biegłem ulicami miasta, chłonąc każdy promień ciepłego, cypryjskiego słońca. W końcu jeszcze wczoraj byłem w mroźnej Islandii, gdzie zima rozpanoszyła się na dobre. A tutaj? Końcówka listopada, a temperatura przekracza 20 stopni. Raj.

Następnego dnia postanowiłem wypożyczyć skuter, by poczuć wiatr we włosach i zobaczyć wyspę z bliska. Ku mojemu zdziwieniu, jego cena była identyczna jak koszt wynajmu samochodu. Decyzja zapadła w sekundę – trzy dni w czterech kołach, wyzwanie ruchu lewostronnego przyjęte! Pierwszy przystanek: słone jezioro nieopodal lotniska. Tam, wśród lśniącej tafli wody, udało mi się dostrzec flamingi – niczym żywe płomienie na tle spokojnej tafli wody. Po drodze zatrzymałem się na plaży Mackenzie, znanej z lądujących tuż nad głowami plażowiczów samolotów. Metalowe ptaki przelatywały niemal na wyciągnięcie ręki, przypominając, jak blisko można być granicy pomiędzy ziemią a niebem.

Trzeci dzień to już poważniejsza wyprawa – 150 kilometrów na południowo-zachodnie wybrzeże, do wąwozu Avakas. Przemierzając serpentyny dróg, mijałem bezkresne plantacje bananów, zielone oazy wśród surowego, kamienistego krajobrazu. Sam wąwóz przypominał mi Kanion Antylopy w USA – wąskie korytarze wyrzeźbione przez naturę, tajemnicze światło przebijające się przez skały, cisza przerywana jedynie echem własnych kroków.

Ostatni dzień podróży przyniósł prawdziwą zmianę scenerii – ruszyłem na północ, do tureckiej części wyspy. Granicę przekroczyłem w Nikozji, mieście rozdwojonym na grecką i turecką część, gdzie historia i teraźniejszość splatają się w niespokojny, lecz fascynujący rytm. Po tureckiej stronie czekał na mnie inny świat – bazary pełne aromatycznych przypraw, misternie tkane dywany i zapach kawy unoszący się w powietrzu. Zrobiłem spore zakupy, ale najważniejszym momentem było dla mnie doświadczenie tureckiej kuchni – bogatej, aromatycznej, przywołującej wspomnienia dawnych podróży. W tle, jak echo dawnych wieków, rozbrzmiewał głos muezina, wzywający wiernych do modlitwy z minaretu.

To właśnie w takich chwilach czuję, że żyję – kiedy egzotyka splata się z adrenaliną, a ja jestem gdzieś pomiędzy światem, który znam, a tym, który dopiero odkrywam. Cypr, podzielony, a jednak pełen magii, zapisał się w mojej podróżniczej duszy jako miejsce kontrastów, historii i niezwykłych spotkań.

I kto wie… Może jeszcze tu wrócę?

Tanzania i Zanzibar

Na pięknej wyspie Zanzibar zaczęła się nasza podróż po Tanzanii, gdzie słońce i turkusowa woda przywitały nas na białych plażach ozdobionych palmami kokosowymi. W oceanie indyjskim odkrywaliśmy tajemnice rafy koralowej, płynąc wśród kolorowych rybek, a ciekawskie delfiny towarzyszyły nam w tej egzotycznej podróży. Zapierające dech w piersiach krajobrazy przemieniły się, gdy opuściliśmy raj Zanzibaru, by podążać w stronę Tanzanii kontynentalnej. Parki narodowe Tarangire i Serengeti ukazały nam bogactwo afrykańskiej przyrody. Podziwialiśmy stada słoni, wysokie szyje żyraf, zebry, gazelle i liczne ptaki, a pośród zieleni wznosiły się majestatyczne Baobaby. W luksusowych hotelach z widokiem na dziką przyrodę doświadczyliśmy niezapomnianych chwil. Ngorongoro i Serengeti ukazały nam piękno natury, gdzie słonie i żyrafy stawały się naszymi codziennymi towarzyszami. Po fascynujących przeżyciach udaliśmy się na plantację kawy, gdzie z miejscową ludnością przygotowywaliśmy kawę od suszenia ziaren po aromatyczną degustację. Zakończenie przygody na Zanzibarze przyniosło zakupy, zwiedzanie Stone Town i zasłużony relaks. W dwadzieścia godzin podróży, z chwilą odpoczynku w Dubaju, wracaliśmy do Polski, bogatsi o wspomnienia niezwykłej podróży po magicznej Tanzanii.

Holandia kamperem

Po niezliczonej ilości filmów obejrzanych na You Tube o podróżach kamperem czy kamper-vanem, postanowiłem też spróbować swoich sił w kamperze. Najpierw chciałem wynająć kampera. Może kiedyś kupię własnego i tak będę spedzać resztę życia. Stało się. Wybrałem firmę „Mc Rent” która współpracuje z firmą „Wadowscy” z Warszawy. Trasę wybrałem dość nietypową bo… Holandię. Trzeba było się dobrze przygotować logistycznie. Holandia posiada całkowity zakaz spania na dziko. Nawet na jedną noc na parkingu przy autostradzie. Co akurat w Niemczech jest dozwolone. Baliśmy się też o brak wolnych miejsc na kampingach, gdyż nie rezerwowaliśmy ich wcześniej. Pierwszy nocleg mieliśmy jeszcze w Polsce tuż przy granicy z Niemcami nad niewielkim jeziorem. Za 100 zł mieliśmy prąd,dolaliśmy wodę i opróżniliśmy zbiornik z szarą wodą.
Kolejnego dnia rano wyruszyliśmy do Holandii. Konkretnie do Giethoorn, słynącego z pięknie położonych domów otoczonych zielenią i kwiatami a zamiast dróg jedynie kanały wodne. Oczywiście opłyneliśmy całe miasto kajakiem kanu. Kamping zaskoczył nas bardzo mile.Doskonale przygotowany, z pięknym widokiem i samodzielnym meldunkiem w automacie. Kolejnego dnia wieczorem pojechaliśmy do Amsterdamu. Czekał tam na nas ogromny kamping na obrzeżach miasta. Doskonała infrastruktura.Ale mogliśmy tam zostać jedynie na jedną noc z braku wolnych miejsc. Kamping „Zeeburg” jest otoczony rzeką. Około pięćset metrów od kampingu mieliśmy przystanek tramwajowy z którego kilka przecznic dalej mieliśmy centrum Amsterdamu i plac Rembranta. Kolejny dzień to wyprawa do zamku De Haar. A na wieczór zatrzymujemy się w miasteczku Gouda słynącym z produkcji sera. Władze tego miasta przygotowały plac w centrum dla kamperów za jedyne 9 Euro. W tej cenie jest prąd, woda i opróznianie nieczystości. Jedziemy na północ Holandii w kierunku morza Północnego. Po drodze zatrzymujemy się w pięknym miasteczku Zaandijk, które słynie ze skansenu starych wiatraków. Wieczorem docieramy do Volendam. Znajdujemy tam tani kamping z maleńka plażą. Oczywiście nie omieszkamy skorzystać 🙂 Rano zwiedzamy miasteczko a właściwie piękny kurort nadmorski z mnóstwem sklepików, kawiarenek i restauracji.
Zaglądamy też do muzeum sera i zaopatrujemy się w dużą ilość rzeczonego produktu. Jest go tutaj dużo za sprawą pobliskiej osady zwanej Edam, która zasłynęła w Świecie – wiadomo jakim wyrobem spożywczym 🙂 Przed nami jeszcze dwa dni w Amsterdamie i powrót przez Niemcy do domu. Ale po drodze zatrzymujemy się w Vinkeveen. Ten oddalony o 18 km od Amsterdamu region słynie z mnóstwa wysepek, które w większości są w kształcie paska. Jest to znane miejsce do nurkowania i żeglowania.

W Niemczech musieliśmy spać na parkingu przy autostradzie. Jest to akurat tutaj legalne i zupełnie bezpłatne. Niestey niemieckie kampingi są zamykane po godz 18 -ej. Odnieśliśmy wrażenie – jakby były przeznaczone tylko dla swoich , stałych klientów. Po osiemnastej mocno zabarykadowane i nawet tel podany na bramie nie odpowiadał. 😦 Kolejną noc (9 Euro) spedzilismy na parkingu Tropical Islands pod Berlinem. Wczesniej oczywiście byliśmy w środku.

Szlakiem Orlich Gniazd do Pienin

To był spontaniczny wypad, którego celem były Pieniny, Trzy Korony, polatanie dronem nad Zbiornikiem Czorsztyńskim, zobaczyć te miejsca w nieco innym świetle, w zimowej aurze a ta wyjątkowo nam sprzyjała. Przyprószone szczyty,  słońce na stokach, drzewa w czapach śniegu… ale w końcu to środek zimy J

Zanim dotarliśmy do Czorsztyna rzut oka na XIV-sto wieczne zamki po drodze. Nasz wybór padł na  dwa orle gniazda najpopularniejszego Szlaku Jury Krakowsko-Częstochowskiej – wybudowane na trudno dostępnych wapiennych skałach – Ogrodzieniec i  położona w dolinie Prądnika Pieskowa Skała  W czasach Kazimierza Wielkiego stanowiły element łańcucha obronnego dziś cieszą oczy przybywających tu niezależnie od pory roku, turystów.

Następnego dnia zwiedziliśmy ruiny Zamku w Czorsztynie i pięknie odbudowany Zamek Dunajec w Niedzicy. Obydwa urokliwie położone nad Zbiornikiem Czorsztyńskim, sztucznie stworzonym przez zaporę wodną na Dunajcu. Sama tama zachwyca widokiem a z lotu ptaka tym bardziej. Budowa od pomysłu do ostatecznej realizacji trwała 30 lat za to dziś jest ważnym elementem ochrony przeciwpowodziowej dla  miejscowości położonych w dolinie Dunajca.

Nasz pobyt w Pieninach ”okraszony” został  cudnym widokiem Trzech Koron,  w bieli śniegu, w słońcu i  w błękicie nieba… po prostu uczta dla oczu.

Czarnogóra

Czarnogóra była od kilku lat na mojej liście „must see”. Jak zwykle pomógł Wizzair. Wiem, że ludzie narzekają, ale ja chyba mam do nich szczęście 🙂 Dwie godziny lotu z Warszawy do Podgoricy i gotowe. Jeszcze tylko wypożyczenie auta i w drogę. Nasz hotel położony jest w Zatoce Kotorskiej, pomiędzy miastem Kotor a bajkowym Perast. GPS pokazuje 1,5 godziny drogi ale my wybieramy bardziej „pikantną” trasę przez wysokie góry i słynne serpentyny. Zatrzymując się na obiad, podziwiając krajobrazy, docieramy na miejsce. Okazuje się, że mamy równie  piękny widok z naszego hotelowego tarasu. Przed nami 7 dni  słonecznej  pogody, nurkowania,  pysznego jedzenia i wspaniałych widoków. Ceny nie były tak niskie, jak podawali niektórzy YouTube – rzy ale było warto. Dużym przeżyciem było wejście na mury obronne Kotoru. To ponad dwugodzinny spacer na wysokość około 300 metrów a widoki niezapomniane. Czarnogóra zaoferowała nam coś więcej niż góry i morze. Największe na Bałkanach  –  Jezioro Szkoderskie. Jego większa część leży w Albanii, do której mimo planów nie udało nam się dojechać. Niezwykle zaskoczyli nas mieszkańcy Czarnogóry. Okazali się bardzo gościnni a słysząc, że jesteśmy z Polski – określali nas mianem – przyjaciele lub bracia. To było dla nas bardzo miłe. Do tego bardzo podobny język. Czuliśmy się tam dobrze.

Grenlandia

Grenlandia – w jedną stronę samolotem, z powrotem pod żaglami

Wsiadam do samolotu i lecę do Nuuk – stolicy Grenlandii. Bilet mam tylko w jedną stronę. Z powrotem do Islandii wrócę jachtem „Leady Dana 44”. Przed nami prawie dwa tygodnie na morzu.

Po samotnej nocy w hotelu w Nuuk wreszcie spotykam moją załogę – cztery osoby: trzech mężczyzn i jedna kobieta. Ja – najmłodszy stopniem, zwykły żeglarz jachtowy. Mamy tylko jeden dzień, by się poznać. Zwiedzamy miasto, zaglądamy do muzeum, robimy drobne zakupy. Wieczorem lądujemy w miejscowym pubie.

Kolejnego dnia, gdy słońce chowa się za horyzontem, wypływamy ku przygodzie. Przed nami Morze Labradorskie. Już następnego dnia spotykamy pierwsze góry lodowe – olbrzymy, które zapierają dech. W powietrze wznosi się dron kupiony specjalnie na tę wyprawę. Z dnia na dzień gór lodowych przybywa.

Po dwóch dniach na morzu lądujemy w pierwszej grenlandzkiej osadzie – Paamiut. Odcięta od świata, ma w sobie dzikie piękno. Kierujemy się do jedynego hotelu z internetem – każdy z nas prowadzi własną firmę, więc choć na chwilę chcemy dotknąć cywilizacji, sprawdzić wieści z domu. Wieczorem znów odbijamy od brzegu.

Góry lodowe rosną w oczach, a my zbliżamy się do kolejnego przystanku – Nanortalik. Piękna, słoneczna pogoda kusi, by zostać dłużej. W tym nastroju rodzi się spontaniczny plan: zamiast opływać południowe wybrzeże Grenlandii, skracamy drogę przez fiord do maleńkiej osady Aappilattoq. W sierpniu fiord jest niezamarznięty, więc szlak dostępny. To nie tylko krótsza trasa, ale i o wiele bardziej urokliwa.

Po drodze mijamy ogromne statki wycieczkowe i jęzory lodowców. Kry lodowe stają się coraz drobniejsze, a nasz jacht wpływa w ciasny fiord, tam gdzie wielkie wycieczkowce nie mają wstępu. O poranku zza skał wyłania się Aappilattoq, skąpane w złotych promieniach słońca. Bajkowa sceneria.

Osada liczy zaledwie 130 mieszkańców i powstała zaledwie sto lat temu. Nie ma tu dróg ani samochodów, nie ma nawet chodników. Ludzie poruszają się wyłącznie łodziami. Jest szkoła, kościół i sklep, w którym można – bez specjalnego pozwolenia – kupić broń. Świat zewnętrzny dociera tu tylko śmigłowcem, który ląduje co cztery dni z pocztą, ludźmi i towarem.

Wieczorem odbijamy od jedynej kei, na której mieści się tylko jeden jacht. Płyniemy fiordem w kierunku północno-zachodnim. Po drodze wyławiamy kawałki lodu z pobliskiego lodowca – idealne do urodzinowych drinków. Późnym wieczorem opuszczamy południowo-wschodnie wybrzeże Grenlandii.

Przed nami pięć dni na północnym Atlantyku. A gdy zbliżamy się do Islandii, na wysokości Reykjaviku witają nas czarne delfiny. Jeszcze tylko wpłynięcie do portu przy Harpie, drobna kontrola celna – i jestem w domu.

Jökulsárlón i południowa Islandia

Planowaliśmy wyjazd na południe Islandii. Dokładnie Jökulsárlón (lodowa laguna) i wyspę Heimaey w archipelagu Vestmannaeyjar. Oczywiście wiele atrakcji po drodze. Niestety pogoda mocno pokrzyżowała nasze plany. Mieliśmy sztorm, silny wiatr i deszcz. W drodze dowiedzieliśmy się , że wszystkie promy płynące tego dnia na wyspę Heimaey są odwołane. Musieliśmy zweryfikować nasz plan. Odwołaliśmy hotel na wyspie Heimaey i spaliśmy w Viku. A pogoda nadal nie odpuszcza. Po drodze zobaczyliśmy wodospady: Skógafoss, Seljalandsfoss, Gljufrabui czarną plażę Reynisfjara oraz skałę Dyrhólaey, na której czekały na nas Maskonury . Kolejnego dnia dotarliśmy do Jökulsárlón i diamentowej plaży. To był jedyny, słoneczny dzień podczas tej wyprawy. Noc spędziliśmy dziesięć kilometrów dalej – na farmie Gerdi. W drodze powrotnej, odwiedziliśmy słynny Gejzer i moczyliśmy się w gorących źródłach.