Archipelag Vestmannaeyjar leży na północnym Atlantyku 9 km na południe od Islandii. Można do niego dopłynąć promem z Islandii (około 40 min.) Ciekawostka – prom wybudowano w polskiej stoczni i ma napęd elektryczny. Wybraliśmy się na tę przepiękną wysepkę (Heimaey) na dwa dni. Noclegi i transport zapewniła nam firma – PK Campers -którą bardzo polecamy. Trafiliśmy na piękną pogodę. Wspinaczka na górę i oczekiwanie na zachód słońca zrobiło na nas ogromne wrażenie. Odwiedziliśmy też specjalny domek do obserwacji ptaków , który został niemal zawieszony na klifie. Udało nam się również zobaczyć Maskonury które szykują się właśnie do okresu lęgowego. Niestety dwa dni szybko minęły i musieliśmy opuścić wysepkę oraz senne miasteczko.
Krótki i spontaniczny wyjazd do miejscowości Vik na południu Islandii. Warto było . Trafiliśmy na piękną pogodę i perłowe chmury, które towarzyszyły nam przez całą drogę.
Noc spędziliśmy w drewnianym domku w Laugarvatn. Pobudka o 6 rano i wyruszamy w kierunku największego lodowca Europy – Vatnajökull. Podróż zaczęliśmy przed świtem, gdyż o tej porze roku dzień jest bardzo krótki. Chcemy „zarezerwować” cenne promienie słoneczne na eksploracje lodowej groty. Niestety pogoda nam nie sprzyja. Pada śnieg z deszczem i troszkę wieje. Na miejsce (Jökulsárlón) dotarliśmy parę minut po godzinie 12-ej. Czekamy na naszego przewodnika. Po pół godzinnym oczekiwaniu wyruszyliśmy w kierunku groty lodowej specjalnym pojazdem – Arctic truck, przystosowanym do podróżowania po lodzie i grząskim podłożu. Po przybyciu na miejsce okazało się, że to największa grota lodowa w tej części lodowca. W planie była jeszcze jedna jaskinia, niestety pogoda pokrzyżowała nam plany. Okazało się, że grota wypełniona jest po brzegi wodą. Pozostała nam już jedynie droga powrotna. Po przejechaniu prawie 400 km dotarliśmy do naszego drewnianego domku. Jesteśmy potwornie zmęczeni ale szczęśliwi.
Jeszcze tylko odbiór auta z wypożyczalni i ruszamy w prawie miesięczną podróż po Europie. Po lekkiej namowie syna wybieramy większy model — Mercedesa Vito. Będzie wygodnie i z zapasem miejsca na cały nasz bagaż przygód.
Pierwszą noc spędzamy na kempingu na Morawach, które często nazywane są „małą Toskanią” – i coś w tym naprawdę jest! Wzgórza, winnice, spokojny klimat – idealne miejsce na początek.
Kolejnego dnia jedziemy do austriackiego Hallstatt. To miasteczko wygląda jak z bajki. Spędzamy tam dwa dni, spacerując wśród kolorowych domków i odbić gór w jeziorze.
Potem kierunek Wenecja – miasta nie trzeba nikomu przedstawiać. Trzy dni włoskiego klimatu, wąskich uliczek i zapachu espresso. Odwiedzamy też kolorową wyspę Burano, gdzie każdy dom wygląda jak z palety malarza.
Dalej w drogę – tym razem do Chorwacji. Po drodze krótki postój w Trieście, a potem już wybrzeże Adriatyku w całej krasie. Od północy aż po Dubrownik zwiedzamy kolejne miasta. W Zadarze podziwiamy słynne organy morskie, na których dosłownie gra… woda!
W Splicie i Makarskiej łapiemy słońce, a w Dubrowniku wypożyczamy małą łódź motorową i ruszamy na pobliskie wyspy. Po drodze nurkujemy w krystalicznie czystej wodzie – bajka!
Kiedy przychodzi czas wracać, robimy jeszcze kilka wyjątkowych przystanków. Najpierw Jeziora Plitwickie, które zachwycają turkusowymi wodospadami. Potem Balaton – słynne węgierskie jezioro, a następnie Eger, znany z produkcji wina. Oczywiście robimy tam solidne zapasy .
Na zakończenie – nasze Zakopane. Po miesiącu w drodze znowu czujemy, że jesteśmy u siebie.
Pełni wspomnień, zdjęć i nowych historii wracamy do domu.