Decyzja zapadła spontanicznie – kilka zbiegów okoliczności i… lecimy! Nasza pierwsza wizyta w Ameryce. Sześć godzin lotu z Reykjavíku i lądujemy w Bostonie. Wypożyczamy auto i późnym wieczorem meldujemy się w Providence – szybkie zakupy, krótki sen i ruszamy dalej.
Dwa dni w Providence to tylko przedsmak. W głowie mamy już jeden cel: Nowy Jork!
290 kilometrów za kółkiem i wreszcie jesteśmy w sercu Manhattanu. Hotel z widokiem na Memoriał WTC zapiera dech – trudno oderwać wzrok od panoramy z okna, a jednocześnie… nogi same niosą nas w miasto!
Pierwsze smaki? Meksykańska kuchnia na rozgrzewkę.
Pierwsze kroki? Times Square, memoriał WTC, rejs do Statuy Wolności.
Pierwsze wysokości? Empire State Building.
A na koniec – spacer przez Brooklyn Bridge i chwila wytchnienia w parku z widokiem na Manhattan.
To nasza pierwsza, amerykańska przygoda – subskrybujcie nas na YouTube , bo będzie się działo!
Central ParkNew YorkNew YorkMost BrooklińskiWodok na ManhattanMost Brookliński i ManhattanManhattanPastaMost BrooklińskiGaleria OkulusOne WTCManhattanWidok z pokoju na WTCWidok z pokoju na WTCBroadwayBostonTimes SquareEmpire State BuildingTimes SquareNew YorkFlatironProvidenceWTCCentral ParkTablica z naszego stanuGoogle Widok z pokoju na WTCWidok na WTCStatua WolnościWidok z Empire State BuildingWidok z Empire State BuildingWTC
Południowe Włochy z „Misiaczkami” – podróż przez krainę słońca, smaków i spektakularnych widoków
Czasem wystarczy jedno wspólne hasło – w naszym przypadku: “Misiaczki lecą do Włoch !” – by zamienić zwykły wyjazd w niezapomnianą przygodę. W rodzinnym i przyjacielskim gronie wyruszyliśmy do słonecznych południowych Włoch, gotowi na włoskie smaki, błękitne wybrzeża i malownicze miasteczka, które wyglądają jak żywcem wyjęte z pocztówki.
Amalfi – gdzie morze spotyka się z górami
Naszą podróż zaczęliśmy na zachodnim wybrzeżu – prosto z lotniska w Neapolu skierowaliśmy się do bajkowego Amalfi. Choć nasz nocleg znajdował się około 15 km od centrum, droga do niego była przygodą samą w sobie – kręta, stroma i wijąca się wysoko w góry, jakby sama natura testowała naszą gotowość na dalsze odkrywanie Włoch.
Capri – perła zatoki z widokiem na błękit
Drugiego dnia zamieniliśmy asfalt na morskie fale i promem z Sorrento wyruszyliśmy na słynną wyspę Capri. Anacapri – jej wyżej położona część – powitała nas krętymi serpentynami, które pokonaliśmy w stylu dolce vita – kabrioletem z otwartym dachem, chłonąc widoki i zapach śródziemnomorskiej roślinności.
Positano i Matera – kontrasty piękna
Trzeci dzień to wizyta w Positano – miasteczku, które wygląda jak kolorowe kaskady domów spływające ku morzu. Wieczorem, zupełnie inny klimat – Matera. Mistyczna, tajemnicza, wyrzeźbiona w skale – nie dziwi, że to tu kręcono „Pasję” Mela Gibsona oraz sceny z Jamesa Bonda. Spacerując jej kamiennymi uliczkami, czuliśmy się jak na planie filmowym.
Polignano, Monopoli i Alberobello – serce Apulii
Kolejne dni spędziliśmy na wschodnim wybrzeżu, w Polignano a Mare – mieście zawieszonym nad klifami, z którego pochodzi Domenico Modugno, autor słynnego „Volare”. Włosi nucą ją do dziś – my również! Odwiedziliśmy też pełne uroku Monopoli oraz bajkowe Alberobello, gdzie charakterystyczne domki trulli wyglądają jak z zaczarowanej wioski.
Jaskinie, Bari i pizza wszech czasów
Zanim ruszyliśmy w drogę powrotną, popłynęliśmy łodzią po okolicznych jaskiniach – gra światła i wody zrobiła na nas ogromne wrażenie. W Bari zatrzymaliśmy się na ostatnie zakupy i obiad – jak zawsze we Włoszech: prosty, a pyszny. Neapol urzekł nas zupełnie czymś innym – z jego chaotycznym urokiem, gęstą zabudową i pizzą, która sprawiła, że przestaliśmy rozmawiać i tylko mruczeliśmy z zachwytu.
Pożegnanie z widokiem na Wezuwiusza
Na zakończenie naszej wycieczki- wjechaliśmy kolejką na wzgórze Vomero – najwyższy punkt Neapolu. Przed nami rozciągała się panorama miasta, Zatoki Neapolitańskiej i majestatyczny Wezuwiusz. To był idealny moment, by wziąć głęboki oddech i zapisać ten widok w pamięci na zawsze.
Domenico ModugnoCapriPolignanoAlberobelloCapriCapriCapriDomenico ModugnoCapriAmalfiNeapolNeapolPolignanoPolignanoPolignanoNeapolAlberobelloNeapolAlberobelloAlberobelloMonopoliBariPolignanoMonopoliMateraMateraMateraFiordo Di FuroreFiordo Di FurorePositanoPositanoPositanoPositanoPolignano
Grenlandia – w jedną stronę samolotem, z powrotem pod żaglami
Wsiadam do samolotu i lecę do Nuuk – stolicy Grenlandii. Bilet mam tylko w jedną stronę. Z powrotem do Islandii wrócę jachtem „Leady Dana 44”. Przed nami prawie dwa tygodnie na morzu.
Po samotnej nocy w hotelu w Nuuk wreszcie spotykam moją załogę – cztery osoby: trzech mężczyzn i jedna kobieta. Ja – najmłodszy stopniem, zwykły żeglarz jachtowy. Mamy tylko jeden dzień, by się poznać. Zwiedzamy miasto, zaglądamy do muzeum, robimy drobne zakupy. Wieczorem lądujemy w miejscowym pubie.
Kolejnego dnia, gdy słońce chowa się za horyzontem, wypływamy ku przygodzie. Przed nami Morze Labradorskie. Już następnego dnia spotykamy pierwsze góry lodowe – olbrzymy, które zapierają dech. W powietrze wznosi się dron kupiony specjalnie na tę wyprawę. Z dnia na dzień gór lodowych przybywa.
Po dwóch dniach na morzu lądujemy w pierwszej grenlandzkiej osadzie – Paamiut. Odcięta od świata, ma w sobie dzikie piękno. Kierujemy się do jedynego hotelu z internetem – każdy z nas prowadzi własną firmę, więc choć na chwilę chcemy dotknąć cywilizacji, sprawdzić wieści z domu. Wieczorem znów odbijamy od brzegu.
Góry lodowe rosną w oczach, a my zbliżamy się do kolejnego przystanku – Nanortalik. Piękna, słoneczna pogoda kusi, by zostać dłużej. W tym nastroju rodzi się spontaniczny plan: zamiast opływać południowe wybrzeże Grenlandii, skracamy drogę przez fiord do maleńkiej osady Aappilattoq. W sierpniu fiord jest niezamarznięty, więc szlak dostępny. To nie tylko krótsza trasa, ale i o wiele bardziej urokliwa.
Po drodze mijamy ogromne statki wycieczkowe i jęzory lodowców. Kry lodowe stają się coraz drobniejsze, a nasz jacht wpływa w ciasny fiord, tam gdzie wielkie wycieczkowce nie mają wstępu. O poranku zza skał wyłania się Aappilattoq, skąpane w złotych promieniach słońca. Bajkowa sceneria.
Osada liczy zaledwie 130 mieszkańców i powstała zaledwie sto lat temu. Nie ma tu dróg ani samochodów, nie ma nawet chodników. Ludzie poruszają się wyłącznie łodziami. Jest szkoła, kościół i sklep, w którym można – bez specjalnego pozwolenia – kupić broń. Świat zewnętrzny dociera tu tylko śmigłowcem, który ląduje co cztery dni z pocztą, ludźmi i towarem.
Wieczorem odbijamy od jedynej kei, na której mieści się tylko jeden jacht. Płyniemy fiordem w kierunku północno-zachodnim. Po drodze wyławiamy kawałki lodu z pobliskiego lodowca – idealne do urodzinowych drinków. Późnym wieczorem opuszczamy południowo-wschodnie wybrzeże Grenlandii.
Przed nami pięć dni na północnym Atlantyku. A gdy zbliżamy się do Islandii, na wysokości Reykjaviku witają nas czarne delfiny. Jeszcze tylko wpłynięcie do portu przy Harpie, drobna kontrola celna – i jestem w domu.
Góra lodowaNanortalikAappilattoqAappilattoqAappilattoqAappilattoqAappilattoqAappilattoqAappilattoqAappilattoqNuukAappilattoqAappilattoqGóra lodowaAappilattoqLeady Dana 44Nasza załogaNasza załoga
Jeszcze tylko odbiór auta z wypożyczalni i ruszamy w prawie miesięczną podróż po Europie. Po lekkiej namowie syna wybieramy większy model — Mercedesa Vito. Będzie wygodnie i z zapasem miejsca na cały nasz bagaż przygód.
Pierwszą noc spędzamy na kempingu na Morawach, które często nazywane są „małą Toskanią” – i coś w tym naprawdę jest! Wzgórza, winnice, spokojny klimat – idealne miejsce na początek.
Kolejnego dnia jedziemy do austriackiego Hallstatt. To miasteczko wygląda jak z bajki. Spędzamy tam dwa dni, spacerując wśród kolorowych domków i odbić gór w jeziorze.
Potem kierunek Wenecja – miasta nie trzeba nikomu przedstawiać. Trzy dni włoskiego klimatu, wąskich uliczek i zapachu espresso. Odwiedzamy też kolorową wyspę Burano, gdzie każdy dom wygląda jak z palety malarza.
Dalej w drogę – tym razem do Chorwacji. Po drodze krótki postój w Trieście, a potem już wybrzeże Adriatyku w całej krasie. Od północy aż po Dubrownik zwiedzamy kolejne miasta. W Zadarze podziwiamy słynne organy morskie, na których dosłownie gra… woda!
W Splicie i Makarskiej łapiemy słońce, a w Dubrowniku wypożyczamy małą łódź motorową i ruszamy na pobliskie wyspy. Po drodze nurkujemy w krystalicznie czystej wodzie – bajka!
Kiedy przychodzi czas wracać, robimy jeszcze kilka wyjątkowych przystanków. Najpierw Jeziora Plitwickie, które zachwycają turkusowymi wodospadami. Potem Balaton – słynne węgierskie jezioro, a następnie Eger, znany z produkcji wina. Oczywiście robimy tam solidne zapasy .
Na zakończenie – nasze Zakopane. Po miesiącu w drodze znowu czujemy, że jesteśmy u siebie.
Pełni wspomnień, zdjęć i nowych historii wracamy do domu.