Holandia kamperem

Po niezliczonej ilości filmów obejrzanych na You Tube o podróżach kamperem czy kamper-vanem, postanowiłem też spróbować swoich sił w kamperze. Najpierw chciałem wynająć kampera. Może kiedyś kupię własnego i tak będę spedzać resztę życia. Stało się. Wybrałem firmę „Mc Rent” która współpracuje z firmą „Wadowscy” z Warszawy. Trasę wybrałem dość nietypową bo… Holandię. Trzeba było się dobrze przygotować logistycznie. Holandia posiada całkowity zakaz spania na dziko. Nawet na jedną noc na parkingu przy autostradzie. Co akurat w Niemczech jest dozwolone. Baliśmy się też o brak wolnych miejsc na kampingach, gdyż nie rezerwowaliśmy ich wcześniej. Pierwszy nocleg mieliśmy jeszcze w Polsce tuż przy granicy z Niemcami nad niewielkim jeziorem. Za 100 zł mieliśmy prąd,dolaliśmy wodę i opróżniliśmy zbiornik z szarą wodą.
Kolejnego dnia rano wyruszyliśmy do Holandii. Konkretnie do Giethoorn, słynącego z pięknie położonych domów otoczonych zielenią i kwiatami a zamiast dróg jedynie kanały wodne. Oczywiście opłyneliśmy całe miasto kajakiem kanu. Kamping zaskoczył nas bardzo mile.Doskonale przygotowany, z pięknym widokiem i samodzielnym meldunkiem w automacie. Kolejnego dnia wieczorem pojechaliśmy do Amsterdamu. Czekał tam na nas ogromny kamping na obrzeżach miasta. Doskonała infrastruktura.Ale mogliśmy tam zostać jedynie na jedną noc z braku wolnych miejsc. Kamping „Zeeburg” jest otoczony rzeką. Około pięćset metrów od kampingu mieliśmy przystanek tramwajowy z którego kilka przecznic dalej mieliśmy centrum Amsterdamu i plac Rembranta. Kolejny dzień to wyprawa do zamku De Haar. A na wieczór zatrzymujemy się w miasteczku Gouda słynącym z produkcji sera. Władze tego miasta przygotowały plac w centrum dla kamperów za jedyne 9 Euro. W tej cenie jest prąd, woda i opróznianie nieczystości. Jedziemy na północ Holandii w kierunku morza Północnego. Po drodze zatrzymujemy się w pięknym miasteczku Zaandijk, które słynie ze skansenu starych wiatraków. Wieczorem docieramy do Volendam. Znajdujemy tam tani kamping z maleńka plażą. Oczywiście nie omieszkamy skorzystać 🙂 Rano zwiedzamy miasteczko a właściwie piękny kurort nadmorski z mnóstwem sklepików, kawiarenek i restauracji.
Zaglądamy też do muzeum sera i zaopatrujemy się w dużą ilość rzeczonego produktu. Jest go tutaj dużo za sprawą pobliskiej osady zwanej Edam, która zasłynęła w Świecie – wiadomo jakim wyrobem spożywczym 🙂 Przed nami jeszcze dwa dni w Amsterdamie i powrót przez Niemcy do domu. Ale po drodze zatrzymujemy się w Vinkeveen. Ten oddalony o 18 km od Amsterdamu region słynie z mnóstwa wysepek, które w większości są w kształcie paska. Jest to znane miejsce do nurkowania i żeglowania.

W Niemczech musieliśmy spać na parkingu przy autostradzie. Jest to akurat tutaj legalne i zupełnie bezpłatne. Niestey niemieckie kampingi są zamykane po godz 18 -ej. Odnieśliśmy wrażenie – jakby były przeznaczone tylko dla swoich , stałych klientów. Po osiemnastej mocno zabarykadowane i nawet tel podany na bramie nie odpowiadał. 😦 Kolejną noc (9 Euro) spedzilismy na parkingu Tropical Islands pod Berlinem. Wczesniej oczywiście byliśmy w środku.

Vestmannaeyjar

Archipelag Vestmannaeyjar leży na północnym Atlantyku 9 km na południe od Islandii. Można do niego dopłynąć promem z Islandii (około 40 min.) Ciekawostka – prom wybudowano w polskiej stoczni i ma napęd elektryczny. Wybraliśmy się na tę przepiękną wysepkę (Heimaey) na dwa dni. Noclegi i transport zapewniła nam firma – PK Campers -którą bardzo polecamy. Trafiliśmy na piękną pogodę. Wspinaczka na górę i oczekiwanie na zachód słońca zrobiło na nas ogromne wrażenie. Odwiedziliśmy też specjalny domek do obserwacji ptaków , który został niemal zawieszony na klifie. Udało nam się również zobaczyć Maskonury które szykują się właśnie do okresu lęgowego. Niestety dwa dni szybko minęły i musieliśmy opuścić wysepkę oraz senne miasteczko.

Maroko – dzień 6



















Po raz pierwszy jesteśmy wypoczęci i wyspani. Rano zapytaliśmy właściciela hotelu, o najbliższy sklep w którym można kupić kartę pamięci. Pan wykonał jeden telefon i w ciągu 15 minut pojawił się właściciel sklepu z zamówioną kartą. Przedpołudnie spędziliśmy na zwiedzaniu starej Mediny w Tiznicie, ogrodzonej wysokim, warownym murem. Tam też zjedliśmy śniadanie i wypiliśmy pyszną kawę w barze, do którego turyści raczej nie zaglądają.😜 Oglądaliśmy też sklepy oferujace srebrną i złotą biżuterię. W końcu dotarliśmy do najstarszej dzielnicy miasta, w której znajduje się targ owocowo-warzywny. Po raz pierwszy w życiu widzieliśmy ogromne kopce mandarynek i innych cytrusów, usypane na ziemi. Potem już tylko droga do Agadiru urozmaicona mandatem za przekroczenie prędkości (400DH). Agadir przywitał nas ogromnymi korkami i już przy wjeździe wiedzieliśmy, że to nie jest miejsce dla nas. Ogromne, luksusowe hotele, mnóstwo turystów, długie plaże-nuda. Typowy kurort, jak w każdym ciepłym kraju. Po godzinnym spacerze i zakupach wróciliśmy do hotelu. Zatęskniliśmy za tym co było wcześniej. Za tą dzikością, kolorami i zapachami Maroka, za życzliwymi Muzułmanami, brakiem naciągaczy, za przestrzenią, za tradycyjnym marokańskim jedzeniem, a nawet za nie do końca komfortowymi hotelami. Takie Maroko pokochalismy. Agadir to oklepany kurort dla ludzi bez wyobraźni i ciężko by było tu wytrzymać dłużej niż jeden dzień. Jedyny malutki plusik Agadiru, to możliwość zakupu alkoholu.😉