Elektrykiem z przyczepką dookoła Islandii

W mojej głowie zrodził się pomysł trochę nietypowy. Dla jednych może szalony, dla innych ciekawy, a dla mnie po prostu kuszący.

Postanowiłem objechać Islandię samochodem elektrycznym. Ale żeby było jeszcze ciekawiej — nie samym autem, tylko z małą przyczepką kempingową. I na dodatek w pojedynkę.

Brzmi prosto? W praktyce takie wyprawy bardzo szybko weryfikują wszystkie wyobrażenia. Bo jedno to oglądać mapę, liczyć kilometry i sprawdzać zasięg na ekranie samochodu. A drugie to naprawdę ruszyć w drogę, mając za sobą przyczepę, przed sobą islandzkie góry, wiatr, fiordy, puste przestrzenie i pytanie, które co jakiś czas pojawia się w głowie: czy dojadę spokojnie do następnej ładowarki?

Wiele osób, szczególnie mieszkających w Polsce, zastanawia się pewnie, jak wygląda podróż elektrykiem po Islandii. Czy to ma sens? Czy ładowarek jest wystarczająco dużo? Ile to kosztuje? Czy jazda z przyczepką bardzo skraca zasięg?

Po czterech dniach i ponad 1500 kilometrach mogę już coś na ten temat powiedzieć. Nie z teorii. Z drogi.

Wyruszyłem 24 czerwca 2026 roku z Akranes. Samochód był naładowany do stu procent. Komputer pokazywał 443 kilometry zasięgu. Na papierze wyglądało to bardzo dobrze. Auto gotowe, przyczepka podpięta, ja sam za kierownicą i przede mną Islandia — ta surowa, piękna, czasami wymagająca, ale zawsze prawdziwa.

Pierwszy odcinek poprowadził mnie przez południową część wyspy. Tę stronę Islandii znam już bardzo dobrze, właściwie na pamięć. Dlatego nie zatrzymywałem się co chwilę przy każdej atrakcji. Tym razem nie chodziło o klasyczne zwiedzanie. Chodziło o sprawdzenie, jak taka podróż wygląda w praktyce.

Pierwszy dłuższy postój zrobiłem dopiero w Vík. Tam doładowałem samochód i przy okazji zjadłem obiad. Całość zajęła około 40 minut. Co ważne — udało mi się podjechać do ładowarki bez odpinania przyczepki. To bardzo duży komfort, bo przy takim zestawie każda ładowarka ustawiona „nie po drodze” może oznaczać dodatkowe manewrowanie, cofanie albo odpinanie.

Z Vík ruszyłem dalej. Do przejechania miałem jeszcze 363 kilometry. Koszt tego ładowania wyniósł 5564 ISK.

Późnym popołudniem dotarłem do pierwszego noclegu — na kamping w Höfn. Tego dnia pokonałem prawie 500 kilometrów. To już był konkretny dystans, szczególnie z przyczepką. W Höfn czekała mnie miła niespodzianka: darmowe ładowanie w cenie kampingu. Co prawda wolne, ale nocą czas działa na naszą korzyść. Samochód stoi, człowiek odpoczywa, a prąd powoli wpływa do baterii.

Rano miałem ponad 100 kilometrów zasięgu gratis. W takiej podróży to nie jest drobiazg. To realna oszczędność i większy spokój na kolejny dzień.

Następny etap prowadził już na wschód Islandii. Kolejne ładowanie zrobiłem w urokliwym, rybackim miasteczku Djúpivogur. To jedno z tych miejsc, gdzie Islandia pokazuje spokojniejsze oblicze. Mały port, góry, morze, cisza i ten charakterystyczny klimat miejscowości, które nie muszą niczego udawać.

Tam doładowałem samochód za 3517 ISK do około 90 procent, co dawało mi zasięg mniej więcej 320 kilometrów. Tutaj pierwszy raz musiałem odpiąć przyczepkę. I powiem szczerze — obawiałem się, że będzie to bardziej uciążliwe. W praktyce zajęło to może dwie minuty. Bez stresu, bez problemu.

Moim kolejnym celem był Seyðisfjörður — jedno z najbardziej malowniczych miasteczek we wschodniej Islandii. Żeby tam dojechać, trzeba pokonać góry. A te, mimo końca czerwca, były jeszcze mocno ośnieżone. To właśnie Islandia. Tu lato potrafi wyglądać jak wiosna, a czasem nawet jak zima.

Droga do Seyðisfjörður ma w sobie coś wyjątkowego. Najpierw wspinaczka, potem śnieg, surowe zbocza, cisza, a później nagle zjazd w dół — do fiordu, który wygląda jak ukryty świat. Miasteczko leży w dolinie, otoczone górami, z portem, z którego odpływają promy do Danii.

Tutaj znów podładowałem auto. Koszt: 3385 ISK. Zasięg po ładowaniu: około 375 kilometrów. Przyczepkę również musiałem odpiąć, ale tym razem byłem już spokojniejszy. Wiedziałem, że to nie jest żadna wielka operacja.

Czas ładowania wykorzystałem najlepiej, jak mogłem — na obiad i zdjęcia przy słynnym kościele, do którego prowadzi tęczowy chodnik. To miejsce zna chyba każdy, kto choć trochę interesuje się Islandią. Kolorowa droga, biało-niebieski kościół, góry w tle i fiord za plecami. Idealny kadr.

Kolejnym celem był kanion Stuðlagil w północno-wschodniej Islandii. To jedno z tych miejsc, które wyglądają jak stworzone specjalnie dla podróżników i fotografów. Bazaltowe kolumny, turkusowa woda i krajobraz, który przypomina trochę inną planetę.

Tam miałem kolejny nocleg. I znów dobra wiadomość — ładowanie było w cenie pobytu. Darmowe, spokojne, nocne. Takie ładowanie na kampingu to ogromny plus podczas podróży elektrykiem. Nie tracisz czasu, nie stoisz specjalnie przy stacji, tylko po prostu śpisz, odpoczywasz, a rano ruszasz dalej.

Rano skierowałem się na północ, w stronę Húsavíku.

Po drodze zatrzymałem się w Reykjahlíð, niedaleko jeziora Mývatn. Tam zjadłem obiad i doładowałem samochód za 4890 ISK. Auto było naładowane do około 90 procent, zasięg wynosił 265 kilometrów. Tym razem udało się bez odpinania przyczepy, co znowu bardzo ułatwiło sprawę.

O godzinie 13:00 byłem już na kampingu w Húsavíku. Przyjechałem wcześnie, więc miałem czas, żeby naprawdę poczuć ten dzień. Auto mogło spokojnie ładować się do stu procent w cenie kampingu, a ja korzystałem z pięknej pogody. Trochę odpoczynku, trochę słońca, chwila bez pośpiechu.

Wieczorem czekała mnie jeszcze jedna atrakcja — trzygodzinny rejs na oglądanie wielorybów. Húsavík nie bez powodu nazywany jest jednym z najlepszych miejsc w Europie do obserwacji tych niezwykłych zwierząt. Morze, chłodne powietrze, statek, cisza i nadzieja, że za chwilę gdzieś na powierzchni pojawi się wielki grzbiet albo ogon wieloryba.

I właśnie za takie momenty kocham podróżowanie. Bo można liczyć kilometry, zasięg, kilowatogodziny i koszty, ale na końcu i tak najważniejsze są obrazy, które zostają w głowie.

Czwarty dzień był już dniem powrotu. Ostatni etap wyprawy. Droga do domu.

Z Húsavíku wyjechałem o 7 rano. Samochód naładowałem dopiero w Staðarskáli, już na zachodzie Islandii. To było moje ostatnie ładowanie podczas tej wyprawy. Kosztowało 3938 ISK. I co ważne — znowu nie musiałem odpinać przyczepki.

Cała wyprawa pokazała mi jedno: podróżowanie elektrykiem po Islandii, nawet z małą przyczepką kempingową, jest jak najbardziej możliwe. Trzeba tylko trochę planować. Trzeba patrzeć na zasięg bardziej ostrożnie niż bez przyczepy. Trzeba sprawdzać ładowarki i brać pod uwagę, że nie zawsze da się wygodnie podjechać całym zestawem.

Ale nie było dramatu. Nie było wielkiej walki. Była droga, było doświadczenie i była satysfakcja, że się udało.

W ciągu czterech dni przejechałem ponad 1500 kilometrów. Za płatne ładowania zapłaciłem łącznie około 21 294 ISK. Do tego doszły darmowe ładowania na kampingach, które realnie obniżyły koszt całej podróży.

Islandia jest pod tym względem wyjątkowa. Prąd jest tu stosunkowo tani, ładowarek jest dużo, a samochody elektryczne są bardzo popularne. Dlatego taka wyprawa, która w wielu krajach mogłaby być bardziej stresująca, tutaj okazała się całkiem logiczna.

Czy zrobiłbym to jeszcze raz?

Tak.

Bo Islandia z drogi wygląda inaczej niż Islandia z mapy. A kiedy jedziesz sam, z przyczepką za autem, przez fiordy, góry, pola lawy i puste przestrzenie, zaczynasz rozumieć, że ta podróż nie była tylko testem samochodu.

To był test spokoju, planowania i zaufania do drogi.

A droga — jak zwykle — pokazała więcej, niż się spodziewałem.

Leave a Reply